Wyświetlono posty znalezione dla słów: szablon władca Rzym





Temat: Zmiana "wzorca" bohatera fantasy?
No prosze, jaka ciekawa dyskusja...

Ja sie musze opowiedziec po stronie Adama1. Nie lubie antybohaterow. Coraz czesciej i coraz chetniej autorzy przedstawiaja zlo w taki sposob, jakby chcieli usprawiedliwic je w kazdym z nas. Tymczasem my, owszem, bywamy zli, ale dla tego zla NIE MA usprawiedliwienia. Nawet jesli jest prawda, ze wszyscy chodzimy unurzani w moralnym gownie, to nie znaczy wcale, ze jest to stan normalny i tak byc powinno. Mierzi mnie i wpienia, kiedy czytam wylacznie o beznadziei, o ogolnym upadku ludzkosci, o miernocie charakterow, o podlosci jednostek i okrucienstwie spolecznosci. Takie bagno mam na co dzien przed oczami i nie tego oczekuje po ksiazkach (tudziez filmach). Owszem, postawienie bohatera przed wyborem o charakterze moralnym jest ogromnie ciekawe, ale ja bym chcial, zeby istnieli bohaterowie, ktorzy sa po prostu DOBRZY; ktorzy nie przezywaja wahan, z jakimi ja zmagam sie na co dzien; ktorzy wybieraja dobro I ZOSTAJA ZA TO WYNAGRODZENI. Bo tych targanych watpliwosciami to ja znam na peczki, ode mnie samego poczynajac. Co z tego, ze PRAWDZIWY SWIAT jest inny? Gdyby zalezalo mi tylko na prawdziwym swiecie, nie czytalbym ksiazek. Ja potrzebuje katharsis. Nie musze miec wrazenia, ze bohater "tez jest czlowiekiem" i ze jest podobny do mnie, bo siebie to ja znam i czasem mam dosc - chce, zeby byl lepszy od przecietnego czlowieka (a wiec takze ode mnie), bo wtedy wprawdzie trudniej mi sie z nim identyfikowac, ale za to jesli mi sie uda, to satysfakcja jest ogromna .

Dla mnie bohater, ktory przechodzi przemiane z "mdlawego, ale dobrego" w "okrutnika", jak to opisal ajsber (niestety, do Vorenusa nie moge sie odniesc, bo nie widzialem "Rzymu"), to taki sam klient, jak dresik z blokowiska, ktory w slowach mamusi "taki dobry i kochany" zawsze jest, mlodszej siostrzyczki przypilnuje, a nie przeszkodzi mu to skopac na smierc przechodnia albo rozpruc brzucha kotu. Ale coz sie dziwic - skad taki gosc ma brac wzorce, nawet gdyby doznal objawienia i zaczal czytac ksiazki, a w telewizji i w kinie obejrzal cos wiecej niz Franza "Qrwa" Maurera? Zachwyty nad Kane'em, "wiecznie samotnym draniem", mnie smiesza. Wiecie, ze Hannibala Lectera tez ludzie nie rozumieja? Jak jemu musi z tym byc ciezko. Ta samotnosc geniusza...

I jeszcze slowko a propos zarzutu, ze powiesci z krysztalowymi bohaterami sa "przewidywalne", bo "wiadomo, jak sie skoncza". Odsylam do "Wladcy Pierscieni". Niby sa krysztalowi bohaterowie, niby konczy sie dobrze, ale to zarazem najsmutniejsza ksiazka, jaka w zyciu czytalem. Czyli jak sie chce (i umie!), to mozna nawet w ramach szablonu (?) dostarczyc roznych wrazen i wzruszen.

A wzorce, Adamie1, IMO nadal istnieja. Nawet jesli przejawiaja sie glownie w tym, ze coraz chetniej sie je odrzuca.

H.



Temat: Bóg i jego kilkanaście centymetrów
Artykuły traktujące o wierze i jej zwiazku z homoseksualizmem są pożywką dla mas. Jako, że niestety częscią większej masy jestem, pokusze się o komentarz

Powiedzmy sobie szczerze... jakby świat wyglądał bez wiary. Założmy na chwilę, że Boga nie ma. Wszyscy wiemy, jacy są ludzie. Nasz kod genetyczny (a zatem również w dużej mierze sposób, w jaki kształtują się u nas połączenie neuronów w wczesnej fazie życia) pochodzi od zwierząt. Można powiedzieć, że jesteśmy zwierzęcy. W naszym przypadku zwierzęcość poszła troche dalej niż u samych zwierząt, czego bardzo ładnie daliśmy dowód w ciągu ostatnich dwóch dużych wojen i niezliczonej ilości mniejszych.

Tak więc zakładając, że mamy ten "zmutowany" kod genetyczny, pomyślmy, do czego jesteśmy zdolni. I tutaj trzeba od razu zaznaczyć, że nie ma osób, które do czegoś nie byłyby zdolne. Wszystko zależy od "klucza", sytuacji, która jest w stanie wyzwolić/zatrzymać odpowiednie zachowania.

Musimy też przyjąc za pewnik, że większość populacji jest... tępa. Ludzie ograniczeni, z bardzo uszczuploną empatią, nie będący w stanie zrozumieć, poczuć, pomóc. Tutaj właśnie pojawia się wiara. Lub może bardziej religia.

Jak działa? W dwojaki sposób. Uczy się nas od młodego, że Boga trzeba kochać, a że Bog kocha (?!) ludzi, należy też kochać ludzi. O ile to prawie się nie udaje, o tyle, jestem pewien, w określony sposób na ludzi wpływa. To jest - wpływało kiedyś. Dzis, jak autor wspomniał, każdy sam arbitralnie decyduje, co mu się podoba, co nie. To tak jak na Papieża mowić "Ojciec Święty", co jest oczywistym bałwochwalstwem. Ale kto o tym pamięta. Może księża. I to ci w dużych miastach. I też nie zawsze. Dziś każdy wybierając sobie elementy z religii, pasujące do jego "szablonu umysłowego", bo na takiej zasadzie działa nasz mózg niestety, tworzy sobie jakąś hybrydę. Pół biedy, jeżeli takie działanie ma jakąś podstawę. Sporo osób wie, że Chrystus dał ludziom tylko jedno przykazanie (nadmieniając, najgorsze ze wszystkich, jeżeli idzie o wykonalność). Nie wspomniał też słowem o homoseksulistach, "fizyczni" autorzy Biblii byli mniej ogólnikowi.

Zamieniając Chrystusowe "idźcie i łowcie serca" na "idzcie i naprawiajcie dewiacje i niewierność" dali cywilizacji w prezencie hordy fanatycznych naśladowców. Kropkę nad i postawił Cesarz (pff) Konstantyn, ustanawiając Chrześcijanizm panującą religią, wprowadzając kapłanów (w prawnej już formie) i zamienijąc dobrze rozwijającą się religie (której fe facto zawdzięczamy po częsci rozbiór Imperium Rzymskiego [pierwsi Chrześcijanie na prawdę byli wierzący, nie tak jak dziś, jak tu prowadzić wojny, jeżeli należy kochać ludzi, mocno to podkopało wyuczony rzymski imperializm]) w skuteczne narzędzie władzy.


Zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś tak potężny jak BÓG miałby interesować się kawałkiem mięsa odstającego od mojego ciała trochę poniżej podbrzusza.
Tutaj mogę się zgodzić... Boga prawdopodobnie to nie interesuje dopóki, dopóty komuś innego krzywda się nie dzieje.


wierni sami arbitralnie decydują, które z boskich zasad mają sens, bo sami odczuwają, iż niektóre sensu nie mają. A wszystkie zasady przecież pochodzą od Boga, a przynajmniej taka wykładnia obowiązuje wszystkich wiernych! Czyżby Bóg ? ideał, tworzył coś bezsensownego?

Pytanie: czy tworzenie rzeczy nieidealnej jest bezsensowne? Nic w naturze nie jest idealne... dlaczego? Bo nie dałoby się zbudować świata idealnego? Było tyle lat na poprawienie go? A może taka konstrukcja w sposób idelany odsiewa ludzi myślących o innych od tych, którzy myślą tylko o sobie? Żyjemy w świecie, który idealny nie jest i idealnym nie będzie. I dobrze. Świat bez łez? Kusząca perspektywa, ale ludzie nie płączący, nie żałujący niczego, nie czujący co jakiś czas bóly są... no właśnie. Nie można nawet powiedzieć szczęśliwi, bo żeby być szczęsliwym, trzeba mieć jakiś punkt odniesienia. Relatywność.

Gdzie w tej całej dywagacji religia? Jest nas 6 mld. Religia trzyma w ryzach większość. Nawet, jeżeli ta ogromna machina popełnia błędy, dalej uważam, że jest sprawną. Osobiście jako władca, jakąś formę religii bym utrzymał (przypomnijmy sobie Rewolucję Francuzką i probę obalenia religii. Efekt był taki, że zastąpiono ją "Kultem Jednego Bóstwa").

Gdzie w tym wiara? Jezus był Żydem. Wychowanym w religii żydowskiej. Jego wiara była jednak troche inna niż reszty społeczeństwa. Mówił inne rzeczy, za co spotkało go to, co go spotkało.


Homoseksualisto, nie wspomagaj tych (i nie dokonuj swoistej autodestrukcji), którzy cię nienawidzą i pragną zniszczyć. Bądź świadomy tego, co robisz wstępując w szeregi ludzi, którzy mają cię za nic.

Jest mnóstwo ludzi, którzy zmieniają istniejący porządek rzeczy. Wiemy jednak, że swiat to taka bestia, sama się rządzi, prawie nie sposób jej okiełznać. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kończący akapit stawia znak równości, między ludzmi religijnymi (/wierzącymi) a fanatymi, stawiającymi znak równości między homoseksualistami a [tu wstawić coś najniższego, co przychodzi namyśl].

Od siebie tylko dodam, że moje życie byłoby bez wiary bardzo smutne. W końcu kogos trzeba kochać. A jak tu nie kochać człowieka, który dał sobie wbić gwoździe (nie były zaostrzone jak dzisiaj) w nadgarski, tylko dlatego, że walczył aktywnie z systemem światynnym i tylko po to, żeby ci biedni ludzie (zgoła znowu "religijni") mogłi wejść do światyni, złożyć ofiarę i nie musieć za to zapłacić. To się chyba nazywa miłość.

O rany, tekst jest za długi. Zrzucę to na brak snu, kiepskie życie, wściekłość i perspektywe spotkania z nauczycielem/ewangelistą, z którym niestety będę sie dziś znowu musiał kłocić.

Fin